• DROGA SKORPIONA

Na szczycie Półwyspu Iberyjskiego


W lipcu 2017 roku planowałem odwiedziny mojej siostry w Hiszpanii, która zadomowiła się w tej słonecznej krainie na stałe. Oczywiście nie mogłem przegapić takiej okazji i rozpocząłem układanie planu podróży wraz z jej atrakcjami. Jedna z nich bardzo szybko przerodziła się w konkretny cel- Mulhacén, najwyższy szczyt kontynentalny tego kraju.



Góra leży na terenie Parku Narodowego Sierra Nevada i liczy wysokość 3.478,6 m, co wpisuje ją do grona Korony Europy. Ściana północna jest stroma i wymagająca, południowa natomiast dosyć łagodna, jednak w takich miejscach zawsze niezbędne jest dobre przygotowanie. Nazwa wywodzi się od przedostatniego sułtana muzułmańskiego królestwa Granady, Mulaya Hassana, który według legendy nie był zbyt popularny wśród swych poddanych i dlatego postanowił, że miejsce jego pochówku ma być oddalone od ludzi, ale bliskie nieba. Na to, że szczyt rzeczywiście stał się miejscem spoczynku, nie znaleziono żadnych dowodów.


Po wylądowaniu na lotnisku w Maladze zostałem odebrany przez siostrę i ruszyliśmy prosto w trasę ku naszemu przeznaczeniu. Zawsze uważałem, że sama droga jest kluczowym czynnikiem każdej podróży i podczas niej poznajemy prawdę o miejscu, w którym jesteśmy. Właśnie dlatego warto bacznie obserwować przemijające krajobrazy. Teren wokół nas stawał się coraz bardziej górzysty i wymagający, co było znakiem, że się zbliżamy do Capileiry, którą wybraliśmy na bazę wypadową, co miało kilka uzasadnień.


Przede wszystkim słyszeliśmy o niezwykłej urodzie i wyjątkowości tego miejsca, o czym postanowiliśmy się przekonać osobiście. Kolejna przyczyna miała charakter strategiczny dla naszej górskiej wyprawy, bo to właśnie z tego miejsca rozpoczyna się najbardziej popularny szlak, a to oznacza, że możliwe jest zdobycie szczytu i powrót do miasteczka w jeden dzień. Nasz ograniczony czas pobytu i ambitne plany (które nie do końca zrealizowaliśmy) przeważyły za tym, że właśnie ta opcja została wybrana.


Co do samego miasteczka, nie myliliśmy się ani trochę. Widok z tarasu naszego apartamentu wręcz zapierał dech w piersi i sprawiał, że chciało się go podziwiać w nieskończoność. Zostawiliśmy auto oraz bagaże i ruszyliśmy na zwiedzanie. Uliczki Capileiry, umiejscowionej na południowych zboczach Sierra Nevada były strome, ale przepiękne. Łączyły klimat hiszpańskiego gorącego kraju, a jednocześnie gór i jakiejś unikalnej magii. Ciasne przejścia, białe ściany i widoki, których nie da się zapomnieć. Właśnie o takich miejscach myślisz, gdy mówisz o zostawieniu wszystkiego i wyjeździe w Bieszczady. Minęliśmy ratusz i postanowiliśmy zjeść posiłek w restauracji na Plaza Calvario. Towarzyszyło nam kilku turystów, a cała miejscowość wydawała się być dosyć popularnym miejscem w tym okresie.




Kolejny krok to uzupełnienie zapasów na jutrzejszą wyprawę oraz odwiedzenie biura informacji turystycznej. Urzędował tam bardzo miły gość, o imieniu Paco. Jego długie włosy oraz ciemna karnacja sprawiały wrażenie, że jest Indianinem, a po jego wiedzy oraz doświadczeniu, którymi się z nami podzielił, widać było, że jest to część tutejszej kultury. Otrzymaliśmy wszelkie informacje o miejscu spotkania i busie, który miał nas zawieźć do podnóża góry i kontynuowaliśmy spacer.


Następnego dnia rano zapakowaliśmy do naszych plecaków zapasy wody oraz jedzenia, a także lornetkę oraz odzież i ruszyliśmy na miejsce spotkania, gdzie czekał już bus. Chętnych było naprawdę sporo, a drogę przez fantastyczny Park Narodowy umilał nam sam Paco ciekawostkami o występującej tutaj faunie i florze. Dotarliśmy do ostatniego postoju, Alto del Chorillo, skąd wieczorem mieliśmy wrócić tym samym środkiem transportu.


Przed nami rozpościerały się ogromne przestrzenie, co szczerze mówiąc, bardzo mnie zdziwiło. Ten obraz przypominał mi sceny z filmu "Władca pierścieni", gdy bohaterowie przemierzali rozległe scenerie. Odebraliśmy od Paco ostatnie wskazówki, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i ruszyliśmy w drogę na szczyt Póływspu Iberyjskiego.


Nasza południowa trasa jest uważana za łagodną, a o tej porze roku nie było już śniegu, ale każda wyprawa w góry wymaga dobrego zaplanowania i wysiłku. Droga w górę trwała około 4 godzin i zwężała się wraz z wysokością i nachyleniem, zamieniając się w wąską, kamienną dróżkę, co jakiś czas oznaczoną małymi kopcami ułożonymi przez innych wędrowców. Po godzinie dochodzimy do rozwidlenia i wyboru- Mulhacen lub dolina siedmiu stawów, które również były w naszym początkowym planie, ale uznajemy, że szczyt jest priorytetem. Co kilkadziesiąt minut natrafialiśmy na ogromne płaskie kamienie lub ułożone z nich prowizoryczne schrony, przy których rozkładaliśmy prowiant i podziwialiśmy nieskończone przestrzenie i krajobrazy.



Pogoda była idealna i bezchmurna, a słońce świeciło w całej okazałości, co może być bardzo zwodnicze. Na tej wysokości wieje zimny wiatr, który może potęgować poczucie chłodu, jednak promienie słoneczne święcą z pełną mocą i dlatego nie możemy zapominać o filtrze, a także ochronie na głowę (o czym zapomniałem). Jest to w końcu kilkugodzinny spacer w pełnym słońcu.


Lornetka miała nam służyć głównie do wypatrzenia kozic, na które mieliśmy nadzieję natrafić, a jak się później okazało, w wyższych partiach nie było to wcale trudne. Jednak pierwszy gatunek zwierząt, który zaobserwowaliśmy, wcale nie skakał po stromych zboczach, a wręcz przeciwnie. Nad nami szybowała para ogromnych orłów, a rozpiętość skrzydeł robiła naprawdę ogromne wrażenie. Z taką eskortą wspinaliśmy się praktycznie aż na sam wierzchołek, co tylko potęgowało wrażenie, jakie robiło to miejsce. Cała trasa szła nam dosyć sprawnie, o co trochę się martwiłem z uwagi na moją siostrę, która nie przywykła do takich wypraw. Jak się okazało, moje obawy były bezzasadne, a towarzyszka podróży

radziła sobie świetnie, w międzyczasie doskonale dokumentując podróż.


Po pewnym czasie zdobyliśmy fałszywy Mulhacén (Mulhacén II), czyli niższy wierzchołek. Okazało się, że do właściwego celu pozostał już niedługi, ale za to stromy i niezbyt szeroki kawałek, z którego dostrzegliśmy również laguny. W końcu postawiliśmy ostatnie kroki, a naszym oczom ukazała się kapliczka wraz z kilkoma wstążkami. Nad nią górował betonowy słupek, który oznacza, że szczyt góry został zdobyty. Oczywiście nie pozostało nic innego, jak sfotografować ten fakt, a patrz ac na moje zdjęcie, zauważycie, że dosyć asekuracyjnie trzymam się kolumny. Powodem tego był fakt, że tuż za platformą, na którą właśnie stałem, znajduje się 500-metrowa przepaść.



Górskie kozice, które wraz z osiąganą wysokością można było zaobserwować, na szczycie były już normalnością, a było ich naprawdę sporo. Z gracją poruszały się po dosyć rozległych terenach szczytu, bacznie obserwując pojawiających się i znikających zdobywców. Wraz z siostrą znaleźliśmy swój kawałek, rozbijając mały obóz, uzupełniając zapasy energii na powrót i podziwiając inne szczyty, nad którymi się wznosiliśmy.


Sam powrót zajął nam podobną ilość czasu, co wspinaczka na szczyt. Poczucie, że główna misja została wykonana, pozwoliło na jeszcze większe delektowanie się pięknem przyrody. Przez moment rozważaliśmy wyprawę w celu obejrzenia lagun, ale po dokładniejszych obliczeniach zdecydowaliśmy się odroczyć ją w czasie. Przynajmniej jest to jakiś pretekst by, wrócić. Z drugiej strony, miejsca takie, jak te nie potrzebują żadnego powodu. Więc jeśli planujesz podróż do Hiszpanii, proponuję Ci trochę inny rodzaj wypoczynku i słońca, który może się kojarzyć z tym krajem, ale uwierz mi- będzie warto.










43 wyświetlenia
  • Facebook
  • Instagram
  • YouTube

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie Ci informacji o nowościach, promocjach, produktach i usługach Drogi Skorpiona. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać, a szczegóły związane z przetwarzaniem Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności oraz Regulaminie.

©2020 by Droga Skorpiona

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now